niedziela, 1 października 2017

Suma Kaców: Wakacje 2017.

Od trzech miesięcy nie napisałem kompletnie nic. Od prawie pół roku nie napisałem nic więcej niż podsumowanie miesiąca. Szał, kurwa. Blog mi upada, a ja wykupuję domenę. Na chuj? O tym później. Najpierw muzyka (klik).
(Photo credit: Foter.com)
I podsumowanie wakacji.

KSIĄŻKI
W ciągu ostatnich trzech miesięcy przeczytałem dziesięć książek.
Skończyłem Traktat o łuskaniu fasoli Myśliwskiego, który był jedną z najlepszych pozycji, które czytałem w ramach ogarniania materiału do egzaminu z literatury najnowszej, 7/10.
Kości aniołów Michała Nawrockiego - niezła rzecz, ale jakiś niedosyt pozostawia, 6/10.
Wzgórze psów Żulczyka, czyli jeden z pewniaków do mojego osobistego TOPu 2017, 9/10.
(niepotrzebne skreślić) Engelkinga - całkiem przyjemna pozycja, ale dupy nie urywa, 6/10.
Czarna Madonna Mroza - wielki zawód. Mróz miał tu być polskim Kingiem, ale jak King tak pisze, to ja nie chcę go sprawdzać, 4/10.
Jestem egzaltowaną lentilką Petra Merki - bardzo przyjemne zaskoczenie, co skłania mnie do tego, by posprawdzać pozostałe pozycje z serii Stehlik, 8/10.
Okrutny maszynista Vilikovskyego - kilka niezłych opowiadań, jednak Opowieść o rzeczywistym człowieku siadła mi bardziej, 6/10.
Rdza Małeckiego - najlepsza rzecz wakacji, tu (klik) pisałem o niej nieco więcej, 9/10.
Ośmiościan Cortazara - najlepszy prezent książkowy, jaki w życiu dostałem. Że też taki mały zbiorek pomieścił takie świetne rzeczy... 8/10.
Guguły Wioletty Grzegorzewskiej - czułem się jakbym czytał polskiego Kereta w spódnicy, 8/10.
Podczas moich studenckich wakacji zacząłem czytać Morfinę Twardocha, ale idzie mi strasznie opornie i nie wiem kiedy ją skończę.

Kwestie nowych książkowych zdobyczy pozostawiam bez dokładnych liczb, bo było tego tyle, że trudno mi to wszystko dookreślić. Nadrabiałem braki, kupowałem mniejsze i większe nowości. Z głośniejszych nazwisk czy pozycji wpadli do mnie Dehnel, Papużanka, cała seria z Fostem, Wotum nieufności i ta nieszczęsna Czarna Madonna Mroza, cztery pozycje Karpowicza, dwie Murakamiego, dwie Lauren Groff, z wspomnianych już wyżej - Grzegorzewska, Małecki, Cortazar, Żulczyk; trzy albo cztery książki Szostaka, kilka pozycji Kuczoka. Masa książek - nie mam pojęcia kiedy ja to wszystko przeczytam.

MUZYKA
Rozstrzał muzyczny spory, głównie nowości - Szprycer od Taco, Polon Białasa, Insomnia PlanaBe, Narkopop Kaza Bałagane, producenckie albumy PAFFa i SoDrumatika. Masa pojedynczych singli.

Nadrobiłem trochę zaległości płytowe - wpadł mi przeceniony o 50% Slam Otsochodzi, House of balloons The Weeknda z Biedronki, do tego dokupiłem trzypak Taco (Wosk, Marmur i ta angielska EPka) i Nareszcie Flaszek i szlugów. Z nowości Szprycer i Polon Białasa w opcji limited.

FILMY
Siedem filmów w ciągu pierwszych trzech dni lipca. Przez całą resztę wakacji nie obejrzałem nic.
Norwegian wood - w porównaniu do książki jest mega słabo, choć to nadal całkiem niezły film, 6/10.
Kawa i papierosy (2003) - mega przyjemna produkcja Jarmusha, którego postanowiłem powoli przyswajać, 7/10.
Manchester by the sea - jeden z najlepszych filmów, które widziałem w ostatnim czasie, świetna historia, 8/10.
Hardkor disko - przymierzałem się od dłuższego czasu, żałuję, że tak długo zwlekałem, bo warto obejrzeć, 7/10.
Paterson - kolejny z najlepszych filmów, które widziałem w ostatnim czasie, jak o nim myślę, to do głowy przychodzą mi dwa określenia - spokojny i oszczędny, 8/10.
Broken flowers - znów Jarmush, tym razem w innej formie niż w wyżej wpsomnianej Kawie i papierosach, również bardzo przyjemnie, 7/10.
Loft - niezły, ale bez szału. Nie wiem czemu, ale kojarzy mi się z taką thrillerową wersją Kac Vegas, 6/10.

INTERNETY
Przemilczę.

SUMA SUMY + wyjaśnienia i ogłoszenia
Jak na zapierdol i brak chęci do wszystkiego co wokół to jestem z siebie dumny. Przez większość moich studenckich wakacji przed ostatnim rokiem magisterki siedziałem zagranico i tyrałem. Tyrałem to w sumie złe określenie, ale o tym będzie pewnie osobny post w najbliższym czasie. W międzyczasie byłem przez tydzień w Polsce z czego w domu (nie licząc snu, choć i z tym bywało różnie) byłem łącznie może półtorej doby. Po tygodniu powrót do roboty, a po całkowitym powrocie do domu też średnio stałem z czasem i siedzeniem w tym domu. Przez ten ostatni czas spędzany w Polsce zahaczyłem o Katowice, Kraków, a ostatnich kilka dni spędziłem w Warszawie. Napatrzyłem się na różne rzeczy, spędziłem trochę czasu z ludźmi, których lubię, w pewnym stopniu mnie pozytywnie nakręcają i inspirują. To całe nakręcanie i inspiracje mają związek z przejściem na własną domenę, która w zamyśle ma mnie zmotywować do częstszego pisania, co nie będzie w sumie tak proste, bo priorytetem na ten rok akademicki jest dla mnie jednak napisanie pracy magisterskiej. Przy licencjacie to wszystko dawałem radę pogodzić, więc wierzę, że i przy magisterce nie będzie tak źle.

Z ogłoszeń jeszcze warto napomknąć, że założyłem wreszcie instagrama (klik), którego staram się rozkręcać, a z Hanią z bloga Czymkolwiek (klik) próbujemy pracować nad pewnym projektem, choć co z niego wyjdzie? Tego nie wie nikt.

To tyle. Widzimy się (mam nadzieję) niedługo.

Więcej rzeczy ode mnie znajdziecie tu:
https://facebook.com/kackiller
https://twitter.com/kackiller0

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz